Opowieść o budżecie miasta Ełk to legenda, która poprzez lata panowania obecnej ekipy kilkukrotnie zmieniała swoje wersje. Czy ta bajka skończy się dobrze?
To nie jest tekst o budżecie Ełku. Niech inni się wypowiadają o ekonomicznych meandrach zadłużenia czy też świetnej kondycji ekonomicznej miasta. To jest opowieść o opowieści o tym, jak przez lata miejska legenda o publicznych finansach zmieniała swoje wersje.
Jest rok 2006. Początek władzy Tomasza Andrukiewicza jako prezydenta Ełku to lata optymizmu i pełnego wigoru „inwestowania”. Nie ma tematu długu publicznego, jeśli gdzieniegdzie się pojawia, to jest to na tyle marginalne, że umyka w powszechnym obrazie szczęśliwości i dynamizmu młodego urzędnika, nowej „miotły”, która rozbija zastane układy i „inwestuje”. Pojawia się zaklęcie, które będzie kluczem układanki – promocja miasta. To, że pod tym płaszczykiem włodarz może promować samego siebie i przy pomocy wspólnych pieniędzy wygrywać w cuglach kolejne wybory wydaje się jeszcze odległą fantazją. Tomasz Andrukiewicz jest wszędzie. Otwiera, przecina wstęgi, wbija łopaty. Budżet miasta jest zrównoważony i żadne pęknięcia w nim się nie pojawiają.
Taki obraz trwa kilka lat. Pęknięcia na szkle stają się ledwie widoczne, ale coś jednak trzeszczy. Trzeszczy na tyle, iż zamiatać pod dywan już się nie da. W lutym 2012 roku w Gazecie Współczesnej ukazuje się zadziwiający artykuł. Komentarz odredakcyjny brzmi: „Kosztowne kredyty. Planowane zadłużenie miasta na koniec tego roku ma wynieść 74,45 mln zł. Zgodnie z założeniami w kolejnych latach ma systematycznie maleć. Jednak koszty, jakie ponosimy z tytułu bieżącej obsługi długu, są bardzo duże. Tylko w tym roku wyniosą 4,51 mln zł, a w przyszłym aż 4,79 mln zł.” W tekście wypowiada się prezydent miasta: „Trzynastki zawsze płaciliśmy na walentynki. Ale w tym roku 14 lutego nie mieliśmy jeszcze pieniędzy – mówi Tomasz Andrukiewicz. – Pod koniec ubiegłego roku mieliśmy przetarg na sprzedaż działek. Z tego tytułu do budżetu wpłynie 7 mln zł. Ci, którzy kupili te działki poprosili nas o przesunięcie terminu zapłaty. Jeden właściciel ma wpłacić pieniądze 3 marca, a drugi w kwietniu. A miasto cały czas ma płatności. Musimy na przykład zapłacić 1,5 mln złotych za prace w Techno-Parku. Gdy nie wpływają pieniądze ze sprzedaży, trzeba na kilka dni mieć gotówkę obrotową.”
Opowieść jest taka, że wraz z rozwojem powszechnego dobrobytu pojawiają się pewne trudności, ale są one naturalne i, wydaje się, trudne do uniknięcia. Wzmacnia jeszcze ten przekaz komentarz gazety:
„Jest to efekt m.in. późniejszych wpływów do budżetu rządowych subwencji. Żeby uniknąć podobnych sytuacji, radni zgodzili się, aby samorząd mógł w każdej chwili zaciągnąć krótkoterminowy kredyt w wysokości 4 mln zł. Zdaniem niektórych, z tego powodu zadłużenie miasta wzrośnie jeszcze bardziej. Zgodnie z planami na koniec roku wyniesie 74,45 mln zł.”
Podsumowując ten etap miejskiej legendy budżetowej można rzec, że: „wicie, rozumicie, są pewne zewnętrzne, niezależne od nas okoliczności, ale zostaną one szybko przezwyciężone.” W kolejnych latach pojawiają się już komentarze włodarzy i okolitów władzy, że przecież kredyty to normalna sprawa w obecnym systemie ekonomicznym, wszyscy się zadłużają, żeby się rozwijać, trzeba brać kredyty, itd.
Jest rok 2015. Portal internetowy elk.wm.pl donosi dumnie w tytule: „To największy budżet w historii miasta”. Sam tekst jest na tyle przewrotny i ekwibilitrystyczny, że warto go zacytować: „W przyszłym roku na inwestycje samorząd ełcki przeznaczy około 28 mln zł. Zadłużenie miasta spadnie o 4 mln zł. Ale i tak na koniec 2016 roku będzie wynosiło jeszcze ponad 50 mln zł. (…) Według wyliczeń ratusza przyszłoroczne wydatki przewyższą jednak dochody i wyniosą 190,6 mln zł. Oznacza to, że przyszłoroczny deficyt wyniesie ponad 2,2 mln zł. Jak przekonują urzędnicy mimo to zadłużenie miasta nie wzrośnie.
– Przyszłoroczny budżet zasilą wolne środki z tego roku, z których zostanie pokryty deficyt. 4 mln zł przeznaczymy też na wykup obligacji. O taką kwotę właśnie zmniejszy się zadłużenie miasta – wyjaśnia Tomasz Andrukiewicz, prezydent Ełku.
Oznacza to, że według aktualnych wyliczeń zadłużenie Ełku na koniec przyszłego roku wyniesie ponad 50 mln zł. Jak zapewniają urzędnicy jest to poziom bezpieczny, gwarantujący możliwość kolejnych inwestycji.”
Ta opowieść o bezpieczeństwie będzie przez kilka lat, właściwie do wyborów samorządowych w 2018 roku motywem przewodnim legendy budżetowej. Dopnie ona wytłuszczoną poprzednio narrację, iż kredyty to naturalna sprawa w gospodarce wolnorynkowej, że to rozwój przecież i inwestycje.
Jest rok 2016 i nas stronie internetowej ełckiego ratusza pojawia się oficjalny komunikat włodarzy na temat budżetu:
„Źródłem pokrycia deficytu budżetowego w wysokości 14,7 mln zł w 2017 r. będzie zaciągnięcie kredytu w wysokości 14 mln zł oraz wolne środki z lat ubiegłych w kwocie 700 tys. zł. Natomiast po rozliczeniu roku budżetowego 2016 i ustaleniu ostatecznej kwoty wolnych środków, kwota planowanego kredytu może zmniejszyć się. Przewiduje się, że na koniec 2017 r. dług inwestycyjny wyniesie 26 % dochodów, co stanowi bardzo bezpieczny poziom, dający możliwość realizacji bieżących zadań miasta i stabilny rozwój Ełku – realizację wielu inwestycji oraz programów wspomagających mieszkańców Ełku. W ostatnich latach miasto zrezygnowało z zaciągania kredytów, by zwiększyć potencjał finansowy na realizację inwestycji w nowej perspektywie finansowej 2014-2020. W związku z opóźnieniem państwa we wdrażaniu funduszy – realizacja wielu inwestycji skumuluje się w latach 2017-2019.”
Tak, jest bezpiecznie, ale czynniki zewnętrzne znów złośliwie macą. Ekwibilitrystyczne popisy tłumaczące dla ludu, że jest super, wszystko idzie ku dobremu, jest bezpiecznie, nie ma się czym martwić, trwają w najlepsze. Taka opowieść rozbrzmiewa również w kampanii wyborczej 2018 roku, gdzie prezydent dość lekko szermuje sumami zadłużenia – milion w te czy we wte, jakie to ma znaczenie, gdy jest bezpiecznie.
Już po wyborach 2018 roku, w grudniu na łamach olsztyn.tvp.pl rozbrzmiewa melodyjne:
„Jesteśmy skuteczni w pozyskiwaniu środków Unii Europejskiej. Nigdy nie zdarzyło się, że finanse miasta były zagrożone. Ten budżet będzie zrównoważony, zrównoważymy go różnymi dochodami, które będziemy realizować w ciągu roku – mówi Tomasz Andrukiewicz, prezydent Ełku.”
I tak to trwa w najlepsze. Jeszcze budżet na 2019 rok się spina i bilansuje. Elk.wm.pl donosi: „Jest to budżet zakładający rozwój gospodarczy przed rozwój inwestycji Ełku. Inwestycje są realizowane jako kontynuacja przedsięwzięć wynikających ze strategii zrównoważonego rozwoju a także pozyskanych środków z UE i innych źródeł. Budżet uwzględnia także wnioski nowych radnych wybranych do rady miasta w jesiennych wyborach. Cieszę się, że został osiągnięty pewien konsensus, a ogłoszona przerwa w obradach dała możliwość policzenia wolnych środków i uwzględnienia postulatów radnych, którzy reprezentują mieszkańców miasta. Poziom finansów naszego miasta, w tym deficytu (32 miliony złotych – red.) jest na bezpiecznym poziomie i daje gwarancję realizacji budżetu – powiedział po sesji prezydent Tomasz Andrukiewicz.”
I nagle trach, bęc, co się dzieje, o rety, o rany! Koniec roku 2019 przynosi złe informacje, a portal dziendobryelk nagłaśnia słowa i chyba pewien stan emocjonalny włodarza: „Przede wszystkim zabiegamy o to, żeby lokowały się kolejne inwestycje i reinwestycje w naszym mieście, one powstają sukcesywnie, czego przykładem są kolejne firmy, które podejmują już inwestycje, po długich rozmowach i negocjacjach, choćby takie, jak przy obwodnicy miasta (…). Chciałbym, żeby wybrzmiało tutaj, że te wszystkie obciążenia wynikają z decyzji podjętych przez rząd, bo gdyby nie te decyzje, to w naszym budżecie byłoby około 60 mln zł, które wystarczyłby na to, żeby podnieść wynagrodzenia, żeby realizować inicjatywę uchwałodawczą, żeby realizować budżet obywatelski i wykonać szereg różnych inwestycji. To my dokładamy do tego, że ktoś złożył jakieś obietnice. Nie ma czegoś takiego jak rządowe pieniądze, jeśli rząd mówi, że da coś samorządowi, to znaczy, że komuś to najpierw zabierze i zabiera mieszkańcom, a my mamy do tego dołożyć jeszcze z własnych pieniędzy. Samorząd jest od tego, żeby realizować najpotrzebniejsze zadania mieszkańców.”
Teraz już wszystko jasne. To rząd zadłużył Ełk. W 2020 roku nie trzeba już się było specjalnie silić na jakieś wyszukane tłumaczenia. Wiadomo – koronawirus i żarłoczny PiS, który sięga to kieszeni samorządów (a to akurat – prawda). W listopadzie budżetu nie udało się przyjąć, zbuntowało się kliku radnych Dobra Wspólnego, ale prezydent ma czarodziejską różdżkę i zamienia ich w odpowiedzialnych rajców. Głosują za. Nie tylko zresztą oni. Jaka jest oficjalna wykładania?
– Przedłożony projekt budżetu miasta na rok 2021 powinien odzwierciedlać z jednej strony potrzeby i oczekiwania mieszkańców, całego samorządu, ale także powinien być opracowany w oparciu o realne możliwości (…) I dzisiaj mogę powiedzieć, że tak jak w ubiegłym roku mówiliśmy o budżecie oszczędności, konieczności, cięć – na pewno jest to budżet ubogi. Ale też była mowa, że jest to budżet szary i trudny. Ja jestem przekonany, że będzie to też budżet nadziei, ponieważ będą realizowane zadania, może w zmniejszonym zakresie. Będzie to jednak cały czas budżet naszego miasta – mówił podczas sesji prezydent Ełku Tomasz Andrukiewicz (cytat za elk.pl, czyli za oficjalną stroną ełckiego ratusza).
Masło maślane. Jest tak sobie, mogłoby być lepiej, ale generalnie, to nie jest źle. Miejska legenda nie osiągnęła swego stanu ekstremalnego. Nie dowiedzieliśmy się że: „To normalne, że miasto bankrutuje. Nie ma w tym nic dziwnego, taki stan jest przypisany do realiów gospodarki wolnorynkowej. To efekt rozwoju, inwestycji i dbania o dobro wspólne wszystkich ełczan”. I to, że takie słowa nie padły napawa jednak pewnym optymizmem w sprawie stanu ełckich finansów publicznych.















