– Zgłoszenie zaginięcia. Kobieta. Lat 23. Zaginęła w sobotę po 21:30. Imię: Lena. Ostatnio widziana… w Prostkach.
Rozdział III — W kleju
Na S61 wciąż unosił się zapach spalenizny i czegoś chemicznego — jakby plastik wymieszał się z żywicą i żałobą. Jeden pas był zablokowany, strażacy kończyli zmywać szarą maź, która zastygła na poboczu. Krawiec spojrzał na nią z bliska – błyszczała pod światłem jak szkliwo. Klej.
– Skąd w ogóle transport kleju o tej porze nocy? – mruknął, przeskakując przez rozciągniętą taśmę.
– Z Litwy – odpowiedział młody technik. – Przemysłowy, dwuskładnikowy. Jak zastygnie, nie ma opcji go ruszyć. Można tylko zetrzeć powierzchnię i czekać, aż czas zrobi swoje.
Justyna chodziła wzdłuż rozbitej naczepy z wyciągniętym telefonem, ale to nie socialmedia ją teraz interesowały. Znała ten zapach. Trochę jak w lakierni. Albo w… akademiku?
– Coś znalazłeś? – zapytała, podchodząc do Krawca.
Ten przykucnął przy zniszczonym zderzaku jednej z ciężarówek. Pod pazuchą schował foliowy woreczek, który właśnie wręczył mu technik.
– Miałem rację – powiedział cicho. – Pod zderzakiem, na wysokości podnóżka… wciśnięta cienka bransoletka. Skórzana. Zawieszka w kształcie litery L.
Justyna zbladła.
– Lena nosiła taką samą. Miała dwie — jedną zgubiła na wakacjach, druga była zrobiona przez jej młodszą siostrę.
– Nie leżała tu długo – dodał technik. – Prawdopodobnie wypadła podczas wypadku. Może była na zewnątrz pojazdu, może… próbowała uciekać.
Krawiec nic nie powiedział. Wyciągnął telefon, przeglądnął zdjęcia z monitoringu. Czerwona kurtka. Dziewczyna z rozmazaną twarzą. 45 minut przed wypadkiem. S61.
– Albo już nie żyje – powiedziała Justyna. – Albo ktoś ją ukrywa. Ale to nie był przypadek, Krawiec. Ta droga prowadzi gdzieś dalej.
– Tylko pytanie – dodał Krawiec – czy ona po niej szła z własnej woli?
Zatrzymali się w milczeniu, gdy w oddali odezwał się policyjny radiowóz. Zgłoszono coś nowego — w lesie obok drogi pies patrolowy coś wyczuł. Krawiec spojrzał na Justynę, ona skinęła głową.
Kleju już nie dało się zmyć. Ślady były głębiej.
Rozdział IV — Czerwona kurtka
Lena nie lubiła autostrad. Zwłaszcza nocą. Droga wydawała się wtedy za długa, światła odbijały się od barier jak ostrzeżenia, a każdy dźwięk w kabinie wydawał się zbyt głośny. Mateusz mówił, że to głupie, bo przecież jest szybciej, prościej, bezpieczniej.
Ale właśnie to „bezpiecznie” brzmiało dla niej podejrzanie.
– Jeszcze tylko kawa i wracamy – powiedział, skręcając na MOP między Kalinowem a Ełkiem. – Chyba że się boisz?
Nie odpowiedziała. Od trzech godzin się nie odzywała. Ostatnia wiadomość od niej — do siostry — była wysłana o 21:27. „Z Mateuszem. Wrócę późno”. Potem nic.
Zjechali na parking. Stacja była prawie pusta, tylko jeden TIR z logo w obcym języku, oklejony reklamami przemysłowego kleju. Kierowca spał w kabinie.
Lena wyszła z auta pierwsza. Czerwona kurtka rzucała się w oczy, ale nie dbała o to. W głowie miała tylko jedną rzecz: nie mogę wrócić z nim do domu.
To nie był przypadek, że się z nim spotkała. Myślała, że uzyska odpowiedzi. Że po tych miesiącach niepewności dowie się, dlaczego wtedy zniknął, czemu nie odbierał, czemu nagle wrócił i zaproponował „wyjaśnienie wszystkiego”.
Zamiast odpowiedzi, dostała pytania.
Gdy weszła do łazienki, ręce jej się trzęsły. Spojrzała w lustro — podkrążone oczy, usta bez koloru, a na szyi ślad po szarpnięciu, którego sama nie pamiętała. Po raz pierwszy pomyślała, że to, co dzieje się tej nocy, nie skończy się dobrze.
Zamknęła się w kabinie i wyciągnęła telefon. Brak zasięgu. Ale miała coś lepszego.
W torebce, między dokumentami, trzymała mały pendrive. Z hasłem. Z plikami, które dostała od znajomego dziennikarza. Zdjęcia, wiadomości, nazwiska. Niektóre kojarzyła z gazet, inne z własnych snów, z tych niepokojąco realnych, w których ktoś ją obserwuje spod latarni. Wiedziała, że to nie był tylko związek. To była gra.
I zamierzała ją skończyć.
Wyszła z łazienki, ale Mateusza już nie było. Auto stało puste. Tylko drzwi pasażera były uchylone. Na siedzeniu – jej telefon. Bez baterii.
Spojrzała w stronę lasu. Potem na naczepę stojącą kilka metrów dalej. Niewielki cień poruszył się za kołami.
Poczuła, że musi biec.
Ale było już za późno.
Rozdział VI — Słodka pułapka
Komenda w Ełku tonęła w popołudniowym półmroku, gdy Justyna weszła do pokoju dowodzenia z małym, niepozornym pudełkiem w dłoniach. Krawiec spojrzał na nie z ciekawością.
– Co to? – zapytał, odkładając teczkę.
– Paczka czekoladek — powiedziała, stawiając ją na biurku. – Dostałem ją od informatora. Miał dostarczyć wójtowi. Podobno część z nich była „okrojona”.
Krawiec uniósł jedno z opakowań i delikatnie je otworzył. W środku, oprócz czekoladek, leżały małe, niepozorne woreczki z zielonym proszkiem.
– Haszysz – mruknął. – I to spory zapas.
Justyna skinęła głową.
– Rudy hejter i jego ekipa wiedzieli, jak to zrobić — używali słodyczy, by przekazać narkotyki bez wzbudzania podejrzeń. Czekoladki trafiały do wójta, który stał na czele lokalnej administracji i zdawał się mieć czyste ręce.
– Czyli nie tylko porwanie Leny, ale też pranie brudnych pieniędzy i polityczne układy.
– Dokładnie — odparła Justyna. – I jeśli ten wątek się potwierdzi, to mamy bombę.
Krawiec spojrzał na nią z determinacją.
– Czas na konfrontację.
cdn.
Fot. + film: KPP Ełk




















Panowie z patelni po mniej woźcie tego żwiru na tą Warszawę zamiast 45t to po 25t i nie będzie trzeba kół po drodze robić i stwarzać zagrożenia w ruchu.