Ostatnia demonstracja w Ełku, zorganizowana w związku z prezydenckim wetem, przeszła do lokalnej pamięci nie tyle za sprawą wystąpień czy politycznych argumentów, ile… jednego z transparentów.
„Weto Sreto” — hasło proste, dosadne i, jak to często bywa, znacznie bardziej zapamiętywalne niż najbardziej dopracowane przemówienia.
Można potraktować je jako żart, można jako przejaw frustracji. Trudno jednak nie zauważyć, że dobrze oddaje ono poziom emocji i sposób prowadzenia dzisiejszej debaty publicznej — także tej lokalnej.
Jeszcze ciekawszy wydaje się jednak inny transparent: „Śmierdzi to weto ruską skarpetą”. To już próba nadania sprawie szerszego, geopolitycznego kontekstu. Problem w tym, że w Ełku „zapachy” mają także wymiar bardzo dosłowny.
Od lat mieszkańcy zwracają uwagę na uciążliwości związane z funkcjonowaniem instalacji w Siedliskach. Sprawa ta — w przeciwieństwie do sporów politycznych — rzadko jednak staje się osią publicznych manifestacji.
Być może dlatego, że jej kontekst jest mniej jednoznaczny. Wokół lokalnych spółek i instytucji komunalnych przewijają się osoby kojarzone z różnymi środowiskami politycznymi. Podziały, które w innych sytuacjach są wyraźne i ostre, tutaj zdają się tracić na znaczeniu.
To rodzi pewien dysonans.
Z jednej strony mamy głośne protesty, wyraziste hasła i wyraźne wskazywanie winnych. Z drugiej — problemy bliższe codzienności mieszkańców, które nie wywołują już takiej mobilizacji.
Nie chodzi o to, by deprecjonować sens protestów czy prawo do wyrażania poglądów. Warto jednak zadać pytanie, czy energia społeczna nie powinna być kierowana także tam, gdzie skutki decyzji są najbardziej odczuwalne.
Bo o ile hasła mogą się zmieniać — od „Konstytucji” po „Weto” — o tyle rzeczywistość lokalna pozostaje niezmienna i, jak się wydaje, wymaga bardziej konsekwentnej uwagi niż jednorazowych manifestacji.
#WetoSreto #polityka #hipokryzja #lokalneSprawy #Siedliska #ZUO #śmierdzi #mem #manifa #Konstytucja #Sejf #Polska #absurd #polityczkabajka
















