Jadę S61. Piąta rano, ciemność, mgła klei się do szyby. Droga jest pusta, monotonna, a ja skupiam się tylko na świetle reflektorów. Wydaje się, że nic złego nie może się wydarzyć.
Nagle widzę cień. Najpierw rozmazany kształt, potem coraz wyraźniejsza sylwetka. Człowiek. Na środku ekspresówki. Mózg odmawia współpracy, jakby nie chciał przyjąć tego obrazu.
Wciskam hamulec z całej siły, noga drży, ręce zaciskają się na kierownicy. Wszystko dzieje się zbyt szybko. Wiem, że nie zdążę, że prawa fizyki są bezlitosne. W sekundę rozumiem, że zaraz uderzę.
Huk. Ciało uderza o maskę, potem znika w mgle. Cisza. Świat się zatrzymuje.
Siedzę nieruchomo, jak sparaliżowany. Serce bije mi w skroniach, gardło zaciska się tak, że nie mogę oddychać. Ręce drżą, palce nie słuchają. Patrzę przed siebie, ale nic nie widzę – tylko biała mgła i echo tamtego dźwięku w głowie.
Sięgam po telefon. Ekran rozmazuje się od potu, od łez – nawet nie wiem. Wybieram numer alarmowy, próbuję mówić, ale głos więźnie w gardle. Słyszę siebie, jakby z daleka: urwane zdania, słowa poszarpane paniką.
W środku krzyczę: to niemożliwe, to nie powinno się wydarzyć, zrobiłem wszystko, co mogłem… A jednak wiem, że to się stało. I że już nic nie cofnę.
Otwieram drzwi. Powietrze jest lodowate, wilgotne, ciężkie od mgły. Każdy krok wydaje się niewykonalny, jakbym szedł w miejscu.
Zbliżam się do punktu, gdzie przed chwilą… gdzie to się stało. Serce wali tak mocno, że czuję je w gardle. Nogi mam z waty.
W mgle dostrzegam sylwetkę. Leży nieruchomo, na zimnym asfalcie. Moje płuca odmawiają posłuszeństwa – wciągam powietrze, ale ono nie wystarcza.
Chcę podejść, a jednocześnie całym sobą chcę uciec. Boję się spojrzeć. Boję się zobaczyć, co zrobiłem.
Klękam obok. Wyciągam rękę, drżącą, niepewną. Wiem, że powinienem sprawdzić oddech, tętno… ale ciało odmawia. Palce nie dotykają skóry, zatrzymują się kilka centymetrów nad nią. Strach ściska mnie jak imadło.
W oddali słyszę dźwięk syreny. Gdzieś za mgłą migają niebieskie światła. Służby jadą. Chciałbym, żeby już tu byli, żeby przejęli ode mnie ten koszmar.
W głowie wciąż dudni jedna myśl: nie cofnę tego, to ja. To moje auto, moje światła, moja droga. To ja go uderzyłem.
Mgła wokół staje się cięższa, a ja mam wrażenie, że zapadam się w niej razem z całym światem.
PS: Tak mogło być?














